Historia
 
» Zarząd i statut
» Aktualności
» Historia
» Turystyka
» Kultura
» Edukacja
» Firmy
» Galeria
» Jan Paweł II
 
» Parafia
» Strona główna







 

             WĘDRUJĄC

                             PO RUSI SZLACHTOWSKlEJ...

 

 

Jadąc ze Szczawnicy drogą na wschód udajemy się do czterech wiosek: Szlachtowej, Jaworek, Białej i Czarnej Wody, w których do 1947 roku zamieszkiwała ludność pochodzenia ruskiego, obrządku greckokatolic­kiego, przybyła na te tereny z północnej Słowacji wraz z falą osadnic­twa wołosko-ruskiego przemieszczającą się łukiem Karpat od XIV do XVI wieku.

W literaturze przedmiotu teren ten określany jest mianem Rusi Szlachtowskiej.

Nazwa ta została po raz pierwszy użyta przez znakomitego etnografa prof. Romana Reinfussa w 1936 roku, ze względu na znaczne różnice kulturowe i językowe tej najdalej na zachód wysuniętej wyspy łemkow­skiej.

Zwarty pas osadnictwa ruskiego na terenach Polski południowowschodniej, ciągnący się od granicy polsko-ukraińskiej, kończył się na wschodnim brzegu Popradu.

Ruś Szlachtowską, położoną w dolinie Grajcarka zwanego dawniej Ruską Wodą i jego dopływów - potoków Czarnej i Białej Wody, oddzielały od Łemkowszczyzny góry i tereny leśne należące do Piwnicznej.

Najdalej na wschód wysunięta Biała Woda była oddalona o 14 kilometrów w linii powietrznej od najbliższej wsi łemkowskiej: Zubrzyka n. Popradem.

Niewielka natomiast odległość dzieliła mieszkańców tej enklawy od ruskich wsi położonych po stronie Słowacji, na północnym Spiszu: Lipnika Wielkiego, Folwarku, Litmanowej. Toteż naturalnie obie grupy łączyły bliskie kontakty towarzyskie i handlowe. Stąd wiele zakarpackich treści kulturowych przedostawało się na Ruś Szlachtowską.

Zarazem wyspa ta, wtopiona w jednolite osadnictwo polskie, przesią­kała licznymi wpływami, choćby górali szczawnickich.

Łemkowie sami siebie pierwotnie nazywali Rusinami lub Rusna­karni. Nazwę Lemki, od używanego przez nich słowa "łem" znaczą­cego "tylko", wprowadził do literatury językoznawca Osyp Lewicki w 1834 roku.

W czasie wielkiej migracji wołosko-ruskiej zarówno pasterze wołoscy, jak i Rusini byli wyznania prawosławnego. Dopiero w latach 1595 i 96, po zawarciu Unii Brzeskiej, powstał w Polsce Kościół greckokato­licki podporządkowany władzy papieża. Przyjęto dogmaty obowiązujące w Kościele rzymskim zachowując jedynie liturgię prawosławną. Kościół

zachował też własną hierarchię i między innymi prawo zezwalające księ­żom świeckim wchodzić przed ostatnimi święceniami w związki mał­żeńskie.

Proces kształtowania się Kościoła greckokatolickiego trwał wiele lat i spotykał się z dużą niechęcią ze strony zarówno duchowieństwa pra­wosławnego, jak i wiernych. Dlatego władze polskie stosowały wobec opornych represje. Toteż wśród Łemków zawsze utrzymywała się świa­domość wymuszonego zerwania: prawosławiem, podtrzymywana przez księży greckokatolickich, którzy nigdy nie przestali sympatyzować z pra­wosławiem i Rosją. Notabene duchowni mieli na Łemkowszczyźnie nie­kwestionowany autorytet i posłuch zarówno w sprawach religijnych, jak i politycznych. To oni wpoili w Łemków poczucie, że są cząstką wielkiego narodu rosyjskiego.

Rezultatem tak ukształtowanej świadomości było na przestrzeni burz­liwych dziejów Polski od XVIII wieku sympatyzowanie Łemków z Ro­sjanami, czemu dawali oni wyraz wspierając wojska rosyjskie czy to podczas toczących się na Łemkowszczyźnie walk oddziałów rosyjskich z konfederatami barskimi, czy później, kiedy wojska cara Mikołaja I po­dążały na Węgry tłumić powstanie Kossutha. Dodatkowo, z początkiem XX wieku, władze austriackie swoją polityką celowo rozbudzały wśród Łemków poczucie narodowej odrębności w stosunku do Polaków. Na tej bazie rozwinął się wówczas nurt zwany "staroruskim".

W drugiej połowie XIX wieku zrodził się nowy ruch polityczny, dążący do wyodrębnienia się narodu ruskiego spośród Rosjan, mówiący o jedności Rusinów galicyjskich i Ukrainy kijowskiej, stawiający sobie za główny cel powstanie państwa ukraińskiego.

Odtąd te dwa kierunki: "staroruski" i "ukraiński", będą toczyły ze sobą ustawiczną wojnę polityczną, wciągając ludność cywilną na arenę krwawych walk zarówno w czasie pierwszej, jak i drugiej wojny światowej.

 

     Najstarszą z czterech wsi jest Szlachtowa.

    Pierwsze o niej wzmianki pochodzą z końca XV wieku, następne z roku 1542, kiedy należała do Achacego Jordana z Zakliczyna - kasztelana zawichojskiego. Informacja z 1581 roku dotyczy również Jaworek i pochodzi z wykazów poboro­wych. Obie wsie stanowiły wówczas własność Piotra Nawojowskiego.

W XVIII wieku Szlachtowa była w rękach Pawła Sanguszki, który w latach 1732-40 uruchomił we wsi hutę, gdzie w płuczkarni, prażalni i szmelcowni przerabiano rudy wydobywane w sztolniach Jarmuty.

. Poszukując srebra i złota, sprowadził Sanguszko górników z Saksonii i Węgier. Penetracje zakończyły się jednak fiaskiem.

Biała Woda po raz pierwszy jest wymieniona w źródłach w 1777 roku, a Czarna w 1792 roku: obie należały wówczas do Apolonii Massalskiej. W XIX wieku Ruś Szlachtowska wraz z dobrami klucza nawojow­skiego znalazła się w posiadaniu rodziny Stadnickich.

Największym skupiskiem ludności na tym terenie do 1945 roku była Szlachtowa, licząca około 690 mieszkań­ców; Jaworki liczyły 640, Biała Woda - 550, Czarna Woda­350.

Ludność wiosek stanowiła zwartą grupę, świadomą swo­jej odrębności językowej, wy­znaniowej i kulturowej. Mimo to współżycie sąsiedzkie z gó­ralami szczawnickimi do 1939 roku układało się na ogół po-             w okresie międzywojennym prawnie. Zdarzały się, choć rzadko, małżeństwa mieszane. W Szlachto­wej do 1945 roku mieszkało dziesięć rodzin polskich.

     Radykalna zmiana stosunków nastąpiła z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) zaczęła ściśle współ­pracować z Niemcami, licząc na utworzenie wolnego państwa ukraiń­skiego od Pienin do Morza Czarnego.

Niemcy, traktując ich jako sprzymierzeńców, przyznawali Ukraiń­com szerokie przywileje, z których korzystała także ludność łemkow­ska. Ukraińcy obsadzili całą wiejską administrację na Łemkowszczyźnie swoimi ludźmi; jeszcze wcześniej wymieniono księży o orientacji sta­roruskiej na ukraińską. W polu takich działań znalazła się również Ruś Szlachtowska.

W Szlachtowej urząd sołtysa objął wówczas nieprzychylny Polakom Wasyl Kulka, a podsołtysem został Semen Szlachtowski. Utworzono Ukraińską Szkołę Powszechną, gdzie nauczano w językach ukraińskim i niemieckim. Na przełomie 1940 i 41 roku powstała także Ukraińska Szkoła Rolnicza.

OUN prowadziła również zakonspirowaną działalność nacjonali­styczną na tym obszarze. Teren Rusi Szlachtowskiej był penetro­wany przez grupę zachodniosłowacką dowodzoną przez niejakiego Mi­łego (syna księdza greckokatolickiego z Lipnika Wielkiego) oraz Se­imena Szlachtowskiego i nauczyciela szkoły rolniczej inżyniera Hrehor­czaka.

W wyniku ich prężnej działalności, gorliwie popieranej przez ducho­wieństwo, większość Łemków przyjęła kennkarty ukraińskie, w związku z czym zwolnieni byli z obowiązkowych kontyngentów rolniczych i han­dlowych, mieli też specjalne przydziały żywności.

Niewielką grupę "starorusinów" i Polaków mieszkających w tej enkla­wie spotykały po 1941 roku (po rozpoczęciu wojny Niemców ze Związ­kiem Radzieckim) takie same represje, jak i ludność tej orientacji na pozostałej Łemkowszczyźnie: zaczęto ich wywozić na roboty do Nie­miec. Nieliczni wstępowali do partyzantki po pojawieniu się na tym terenie oddziałów polskich, a później sowieckich. Wsie Rusi Szlachtow­skiej stanowiły bazę zaopatrzeniową partyzantów z Prehyby działających pod dowództwem Tatara (8 kompania PSP Armii Krajowej). Było to nie­wątpliwie dużym obciążeniem dla Łemków i wywoływało w nich niechęćdo Polaków.

Z inspiracji OUN zaczęto szerzyć hasło "Lachom nic nie dać". Zapanowała wówczas atmosfera wzajemnej nieufności. Górale ze Szczawnicy posądzali Rusinów o pisanie donosów do Gestapo, szpiegowanie par­tyzantów, podawanie się za kurierów-przewodników i wyłudzanie od polskich uchodźców pieniędzy, a następnie oddawanie ich w ręce Niem­ców.

Doszło do tego, że Semen Szlachtowski rzucił groźbę puszczenia z dy­mem całej Szczawnicy. Górale w odwecie zniszczyli stojący w Szczawnicy przy drodze na Sewerynówkę krzyż prawosławny, kt6ry miał upamięt­niać mogiłę trzynastu Kozaków pobitych przez wojska Lubomirskiego w 1706 roku.

      Potem, w 1944 roku, oddział Tatara wykonał na Semenie Szlachtow­skim wyrok śmierci.

      Wraz z końcem drugiej wojny światowej rozpoczyna się największy exodus w dziejach Łemków.

Na mocy podpisanego 9 września 1944 roku układu między Polską (konkretnie PKWN) a Ukraińską SRR o wzajemnej wymianie ludności chciano rozwiązać problem mniejszości narodowych. Co prawda układ dotyczył w pierwszym rzędzie byłych województw: rzeszowskiego i lu­belskiego, ale artykuł pierwszy pozwalał na rozszerzenie jego postano­wień na inne obszary zamieszkałe przez ludność ukraińską, białoruskąi rosyjską, jeśli wyraziłaby ona chęć wyjazdu na Ukrainę.

Już w połowie marca 1945 roku w Nowym Sączu podjął działalność Pełnomocnik USRR do Spraw Ewakuacji, a w kilkanaście dni później Rejonowe Przedstawicielstwo Rządu Tymczasowego RP do Spraw Ewa­kuacji. Według ustaleń obu komisji, liczba ludności pochodzenia ukra­ińskiego w powiecie Nowy Targ, obejmującym tylko Ruś Szlachtowską, wynosiła 2240 osób.

Chociaż przesiedlenia były w zasadzie dobrowolne, przewidywano, że zostanie nimi objęta cała ludność pochodzenia ukraińskiego. Miały być z nich wyłączone tylko mieszane rodziny polsko-łemkowskie i osoby uznane za Polaków.

Na rzecz wyjazdów rozwinięto szeroko zakrojoną, bardzo ożywioną propagandę. Poza eksponowaniem elementów narodowościowych, kła­dziono w niej nacisk na korzyści materialne związane z przesiedleniami.

W marcu 1945 roku na Rusi Szlachtowskiej pojawiają się spe­cjalni agenci, którzy roztaczają przed Łemkami świetlaną wizję życia w Związku Radzieckim.

Ci, którzy wyrazili chęć wyjazdu, korzystali z bezpłatnego transportu; mieli prawo zabrać ze sobą inwentarz żywy, przedmioty osobistego użytku i ruchomości do ogólnej masy 2 ton.

Obiecywano im, że po przybyciu na Ukrainę, zależnie od swojej woli, będą mogli zamieszkać w mieście, osiedlić się w kołchozie, sowchozie lub mieć własne gospodarstwo. Wszyscy mieli otrzymać od 5 do 15 hektarów ziemi.

W wyniku tej akcji zdecydowana większość Rusinów Szlachtowskich, tak jak i cała Łemkowszczyzna, opo­wiedziała się za wyjazdem do ZSRR. Bez wątpienia zasada dobrowolności wyjazdu nie była w pełni przestrze­gana: w stosunku do opornych sto­sowano różne formy nacisku admini­stracyjnego. Emisariusze OUN zwal­czali akcję przesiedleńczą. Mimo to pierwsze transporty na wschód od­jechały już w czerwcu 1945 roku.

... Jechali z nieukrywaną radością, z muzyką. Pozostawione domy wewnątrz przedstawiały smutny widok: wszędzie rozgrzebane były piece i kuchnie, żeby Polakom nie pozostawić nic w dobrym stanie... (z kroniki szkoły w Szlachto­wej).

Ten podniosły nastrój został zakłócony już na stacji w Starym Sączu: Łemkowie pojechali jednym transportem, a dobytek innym - ich drogi nigdy się już nie zeszły.

W Szlachtowej pozostało dwadzieścia jeden rodzin łemkowskich po­dających się za Polaków i ksiądz greckokatolicki Dionizy Seneta.

Opuszczone domy i grunty zajęli osadnicy z pogranicznych wsi. Tym­czasem już na początku 1946 roku kilka rodzin łemkowskich uciekło z Ukrainy. Do Szlachtowej wróciło siedem rodzin. Powracają również wywiezieni na roboty do Niemiec. Zamieszkują w nie zasiedlonych jesz­cze domach bądź u tych Łemków, którzy pozostali.

... Atmosfera we wsi ciężka. Ukraińcy z nienawiścią patrzą na Polaków, którzy zajmują ich domy. Wybuchają zatargi o pole: kto je będzie orał?

Nadal prowadzona była akcja propagandowa i wywierano nacisk ad­ministracyjny na rzecz wyjazdów do USRR. Jednak nie dawało to po­żądanych rezultatów. W maju 1946 roku postanowiono wysiedlić przy pomocy wojska tych Łemków, co do których zachodziło podejrzenie, że współpracują lub sympatyzują z ukraińskim podziemiem. Przygotowana przez starostę w Nowym Targu lista obejmowała 370 nazwisk z Rusi Szlachtowskiej. Akcję starano się przeprowadzić pomiędzy 13 a 25 maja. Zakończyła się jednak niepowodzeniem.

Osiedlanie się Polaków na terenie Rusi i całej Łemkowszczyzny szło opornie. Przeszkadzały w tym błąkające się po nadgranicznych lasach wojska UPA, które przekradały się do zachodniej strefy okupacyjnej Nie­miec.

      W czerwcu 1947 roku jeden z oddziałów dotkliwie nękał Szlachtową i Jaworki, rabując ludności bydło i żywność.

      ... Osadnicy zaczęli co lepsze rzeczy wywozić do Szczawnicy. Powiększono straż nocną, która pilnowała przed pożarem, bo i tym grożono.

Ponieważ sytuacja polityczna w kraju coraz bardziej się kompliko­wała, a na południowym wschodzie trwały zacięte walki z Ukraińską Powstańczą Armią, w kwietniu 1947 roku opracowano akcję "Wisła". Jej zadaniem była likwidacja nacjonalistycznego podziemia ukraińskiego. Aby ją skutecznie przeprowadzić, postanowiono zlikwidować bazę za­opatrzeniową i rekrutacyjną, jaką dla UPA stanowiła cała Łemkowszczy­zna, łącznie z Rusią Szlachtowską.

      W ramach akcji "Wisła" wysiedlono na Ziemie Odzyskane prawie wszystkich Łemków.

... Ukraińcy chcieli zostać, niejednokrotnie dawali pieniądze aby przekupić po­rucznika kierującego akcją: 50 tys., 100 tys. złotych. Dziesięciu młodych uciekło do lasu. Wojsko było jednak bezwzględne, zabrano prawie wszystkich, również księdza Senetę, dając mu 8 fur na zapakowane rzeczy. Wywieźli ich w stronę stacji w Piwnicznej i dalej na Śląsk. Zostawiono tylko jedno małżeństwo mie­szane i rodzinę Jana Nachmana, która wykazała się poświadczeniem ze starostwa z Nowego Targu, że dobrze służyła Polsce...

Wkrótce akcja "Wisła" dobiegła końca. Oddziały UPA zostały prze­gnane bądź same przeszły na teren Czechosłowacji, by stamtąd przedrzeć się do zachodnich Niemiec.       .

Ogółem z Rusi Szlachtowskiej przesiedlono 2246 osób, w tym do ZSRR 1857, a na tereny województw wrocławskiego i koszalińskiego 389.

Obie parafie greckokatolickie w Szlachtowej i Jaworkach z 1947 ro­kiem przestały istnieć.

Łemkowskie hale od lat pięćdziesiątych stanowią tereny wypasowe dla owiec z całego Podhala. Rejony Białej Wody i Skalskiego uznano za rezerwaty przyrody.

          Od 1960 roku datuje się niewielki napływ Łemków do macierzystych wsi.

Spacerując po ich dawnych wioskach, spotykając co krok elementy ich kultury materialnej, religii: cerkwie ze wspaniałymi ikonostasami, ka­pliczki przydrożne z "ruskimi świętymi", stare chyże, w których ongiś rozlegała się "jawyrska" mowa, tak odmienna od rdzennej łemkowskiej, nie sposób się oprzeć refleksji, że w wyniku czyichś wyższych racji po­litycznych uległa likwidacji bodaj najciekawsza na terenie Pienin grupa etnograficzna.

 

CHYŻE I ZAGRODY KONOWAŁÓW, ZIĘBÓW, KARPIAKÓW, BULAKÓW...

 

     Najwięcej spośród ginących z dnia na dzień obiektów kultury łem­kowskiej zachowało się w budownictwie.

Na Rusi Szlachtowskiej występowały dwa typy zagród. Najstarszy to zagroda składająca się z dwóch budynków: mieszkalnego i gospodarczego. Dom - chyża stał zawsze szczytem do drogi. Szopa, złożona z boiska i stajni, była cofnięta i ustawiona równolegle lub prostopadle do drogi, w niewielkiej odległości od budynku mieszkalnego.

Drugi typ to zwarty czworobok (ostatnia zagroda tego typu, rodzaj bastionu, stała do około 1985 roku w Białej Wodzie; były to dawne zabudowania Tomka Bulaka) - tu dom zwrócony był szczytem do drogi, a do niego pod kątem prostym dostawiano szopę; dwa pozostałe boki obejścia zamykało masywne ogrodzenie budowane z bierwion, nakryte u góry dwuspadowym daszkiem. Od drogi prowadziły na podwórze obszerne wrota wjazdowe z małą furtką dla pieszych.

Piwnice bądź umieszczano w fundamentach domu, bądź budowano je osobno w formie półziemianki, częściowo wkopanej w stok. Ściany wykonywano z nieobrobionych głazów.

Trudne warunki topograficzne powodowały, że w miejscu odpowied­nim do wykopania piwnic, często z dala od reszty zabudowań, umieszczano ich kilka lub kilkanaście. Uważny turysta spotka je jeszcze w do­linie Białej Wody.

Budynki gospodarcze, szopy, charakteryzują się tzw. priczynq, powstałą przez cofnięcie ściany licowej, co dawało rodzaj podcienia, gdzie w deszczowe dni przygotowywano paszę, zaprzęgano konie itp.

Domy budowano z drzewa, głównie jodłowego, zaś tam, gdzie zachodziła potrzeba wyrównania terenu, fundament wykonywano ż kamienia.

Konstrukcją ścian był za­zwyczaj zrąb na węgieł, tak zwana uhla, choć budowano je też na sumik i łątkę.

Dach krokwiowy kryto gon­tami lub dranicami. Na szopach zwykle kładziono dachy czterospadowe, na budyn­kach mieszkalnych dwuspadowe z niewielkim okapem u szczytu.

 Trójkąty szczytowe dachów stanowiły szczególne pole dla rozwoju inwencji plastycznej budowni­czych. Czasami bywały ozdobione u góry półokrągłym koszyczkiem, nad którym wznosił się na kalenicy okazale rzeźbiony pazdur.

Niekiedy ów trójkąt szczytowy komponowano przez cofnięcie go między płaszczyzny dachu; mógł wówczas powstać balkon ogrodzony porę­czą z ozdobnie wyciętych desek (można je zobaczyć w Czarnej Wodzie i w Szlachtowej).

Gdzie indziej znów płaszczyzny dwuspadowego dachu wysuwano prawie o metr. W dolnej części umieszczano wówczas okap, a górę szalo­wano deskami ozdobnie wyciętymi (ten typ występuje jeszcze w Czarnej Wodzie i w Jaworkach przy drodze do kościoła).

Domy najczęściej składały się z izby, sieni i przysta­wionej komory. Opis jednej z takich chałup, w Białej Wo­dzie, przedstawił 1. Tłoczek w Polskim budownictwie drew­nianym (1980) podkreślając, że był to wówczas naj starszy na Sądecczyźnie, a zarazem naj mniejszy z zachowanych w Polsce jednoizbowych domów mieszkalno-in­wentarskich (kurna izba o powierzchni 26 m2 z piecem o otwartym palenisku), pochodzący z drugiej połowy XVII wieku. By­wały też chyże posiadające dwie izby rozdzielone sienią: wówczas W jednej znajdował się piec piekarski i do gotowania strawy, a druga sta­nowiła świetlicę, otwieraną tylko w uroczystych chwilach, jak choćby na zabawę przedweselną, tzw. obigrawkę, i na samo wesele, kiedy muzykanci na skrzypkach i basach przygrywali do jaworskich pieśni:

 

Zagrajże, hudaczku, na cienkie, na cienkie, naj se zatańcujom jaworskie panienke.

Zagrajże, hudaczku, na grube, na grube, naj se zatańcujom jaworskie kozlube.

Powała chyży wspierała się na trzech tragarzach, a pod nimi przeprowadzano poprzecznie ułożony sosręb, na którym rzeźbiono sześciolistnąrozetę wśród stylizowanych kwiatów i napis Hospod Blohslaw sej Dom (wy­mieniano fundatora i rok budowy).

Wiele domostw na Rusi nie miało kominów wydzielonych ponad dach. Dym z pieca przez czeluść rozchodził się na izbę, a z niej dopiero przez otwór w powale na strych. Tam, gdzie piece zaopatrzone były w okap, dym odprowadzano wprost na strych.

W izbie wzdłuż ścian stały ciężkie ławy, stół, łóżko, ram, tj. półka na naczynia, skrzynia. Występowały dwa typy skrzyń: polichromowane z motywem tulipanowym tak charakterystycznym dla północnego Spisza i ozdobione żłobkowanym ornamentem o geometrycznych wzorach.

Na ścianie wisiała galeria "świętych obrazów": dawniej często malowanych na szkle, potem przeważnie oleodruków. ...Było to jaskrawe na szkle malowidło perspektywy żadnej, w figurach brak naturalności i rysunku; jed­nak stateczne powtarzanie się wszystkich wad było dowodem stałej metody czyli,szkoły. Na pierwszy rzut oka stanęło mi na myśli chińskie pudełko do herbaty... Stało rzędem pięciu ludzi w dziwacznych złocistych ubraniach, w kaszkietach także złocistych z kitami, w zgrabnych z bandażami trzewiczkach... szósty do tamtych podobny, w samym środku obrazu nad jakąś złotą łuską robił entrechat w powietrzu... Duże świerki rzędem za ludźmi stojące nasunęły myśl, czy to się czasem nie w Karpatach dzieje, a pistolet i toporek w ręku podskakującego zrodziły przypuszczenie, że może to rozbójniki... Taki opis obrazu Przyjęcie Surowca do drużyny Janosika, czyli najpopularniejszego tematu w malar­stwie na szkle, dał Kazimierz Łapczyński, kiedy zobaczył to malowidło w jednej z chyż w Szlachtowej w roku 1866.

Kiedy zboczymy ze szlaków w Małych Pieninach, czasem uda nam się natknąć na ledwo widoczne kamienne fundamenty porośnięte pokrzywami to pozostałości tzw. gospodarstw filialnych.

Osadnictwo sezonowe, do którego należy zakwalifikować owe zagrody, rozwinęło się na Rusi na polanach położonych w środkowym pasie między polami stale uprawia­nymi a pastwiskami grzbietowymi. Ponieważ prowadzono tam gospodarkę pasterską po­łączoną z uprawą roli, Łemko­wie podczas prac wiosennych i żniw musieli spędzać w górach długie tygodnie, a nawet miesiące. Budowano więc    chyżę (dom) i stajnie dla bydła.

W lipcu, zwyczajowo na św. Jakuba (25 lipca), kiedy prace rolne we wsi były już ukończone, cała ludność wychodziła do gospodarstw filialnych zabierając ze sobą wszelki dobytek, kury, krowy, owce, kozy - rozpoczynano sianokosy w górach. Wieś łemkowska pustoszała, wracano dopiero pod koniec sierpnia na żniwa. Inwentarz pozostawał na polanach do pierwszego śniegu. Żniwa na polanach zaczynano z końcem września, wtedy to ponownie zaludniały się tamtejsze chyże.

 

ZAJĘCIA KORNAJÓW, PROKWITÓW, TYNDARÓW...

 

Prócz rolnictwa ważną rolę w utrzymaniu Łemków z Rusi miało pasterstwo. Dawniej związane było głównie z hodowlą wołów i ich wypasem na górskich pastwiskach. Stanowiły one podstawową siłę pociągową przy pracach rolnych i w transporcie. Były również przedmiotem korzystnego handlu: sprzedawano je kupcom na rzeź, najczęściej do Wiednia.

Bardzo rozpowszechniona była także hodowla owiec. Organizacja wy­pasu wyglądała nieco inaczej niż na Podhalu, o czym z nostalgią pisał w 1861 roku Kazimierz Łapczyński podczas wycieczki w te strony:

... U Ruśniaków mniej rozwinięty jest żywioł stowarzyszeń jak u polskich i słowackich Górali, nie łączą razem owiec i nie wybierają bacy, ale każdy swoje stadko na własnej polanie pasie i zagania do własnej oddzielnej szopy.-Tracą na tym gazdowie, bo każdy musi mieć oddzielnego pasterza, ale zyskuje kar­packi wędrowiec. Nic piękniejszego jak na szczytach Karpat ruśniackie polany po skończonej k o s o w i c y (sianokosach), kiedy wyroją się pastuszkami, stadkami owiec i pięknym góralskim bydłem, kiedy zadzwonią tysiącem dzwonków i nagle, po długiej ciszy, zakipią gwarem i życiem. Nie potrzeba Arkadii. U zamożnego gazdy przy szopie bywa maleńki domek-chiżka. Tam mieszkają pasterze, tam się ser i bryndza sporządza i stamtąd w pogodny, cichy, letni wieczór płyną prze­ciągłe śpiewy po falach aromatycznego powietrza. Kto by chciał w pełni użyć arkadyjskiego życia, niech ze Szczawnicy przy końcu lipca zrobi wycieczkę do białowodzińskich szałasów.

    Innym ważnym źródłem utrzymania, z którego słynęli Łemkowie z Rusi   Szlachtowskiej, było druciarstwo, a największy jego ośrodek stanowiła Biała Woda. To stąd Semen Opryszek, Dołbańczyk, Jałowicz i wielu innych brało swoją pakę na plecy i wędrowało od wioski do wioski, od miasta do miasta, oznajmiając swoje przybycie wołaniem "Garnki drutować!", "Blaszane naprawiać!". (Pisał o nich m.in. Bolesław Prus).

Początkowo druciarze trudnili się tylko drutowaniem glinianych siwaków i wyro­bem łapek na myszy, tak zwanych past. W miarę upowszechniania się naczyń bla­szanych musieli się dostosować do zmian i prócz napraw, sprzedawali własnej pro­dukcji tarki do ziemniaków, formy do pie­czenia ciast, siatki do grodzenia, obręcze do wiader i cebrzyków...

Szlaki ich wędrówek sięgały daleko, biegły Podkarpaciem przez Jasło, Prze­myśl do Lwowa i dalej do Czerniowiec i Kijowa. Inne do Jarosławia nad Sanem przez Sokal w głąb Wołynia, jeszcze inne do Krakowa, Warszawy, na Śląsk.

Nie tak dawno, bo jeszcze w latach osiemdziesiątych można było spotkać u nielicznych rodzin z rodowodem łem­kowskim do dziś zamieszkałych w Bia­łej Wodzie wspomnianą pakę, charakte­rystyczną drewnianą skrzyneczkę zaopa­trzoną w druciarskie narzędzia i przybory do pracy.

 

UBIÓR KSENI BURDŹ

I FIODORA HOŁOWACZA...

 

W stroju Rusinów Szlachtowskich widać całą gamę elementów pierwotnych, jak choćby koszule kroju poncho, długie hunie, chołośnie z jednym przyporem, baranie czapki, i ubogie, a zarazem delikatne zdobnictwo. Ale było tu też wiele naleciałości z Zakarpacia: lajbiki, krótkie huńki, czepce, kapelusze filcowe z krezą do góry podwiniętą, kożuchy zdobione safianami i buty z cholewami, a także wpływy "mody szczawnickiej", przejawiające się głównie w bogatych haftach na chołośniach, huńkach i kamizelkach.

 

Strój męski

 

Fiodor nosił koszulę zwaną koszelą lub soroczką, typu poncho. Rękawy jej ujmował w mankiety ozdobione dwoma tkanymi, czerwonymi pa­skami. Pod szyją wiązał czerwoną harasiwkę. Od święta wkładał ozdobnąkamizelkę-lajbik, najczęściej w kolorze czarnym, ozdobioną czerwonąwypustką (z czasem, tak jak i na spodniach, zaczął pojawiać się na niej bogaty haft).

Latem i zimą ubierał pozbawiony ozdób serdak. Letnie płócienne spodnie o swojsko brzmiącej nazwie haci zimą zastępował chołośniami szytymi z sukna samodziałowego, białego z jednym przyporem. Począt­kowo zdobione były tylko wąziutką kolorową oblamką, potem bogato cyfrowane przy dolnych rozporach w obu nogawkach.

Ubiór wierzchni Fiodora stanowiła czucha zwana też hunią, również szyta z białego samodziałowego sukna. Ozdobą były aplikacje z błękit­nego sukna i obszywki z czerwonego lub czarnego sznurka. Najstarsze czuchy sięgały poza kolana; z czasem rozpowszechniły się krótkie kurtki tzw. hunki, szyte do połowy uda. Zdobiono je haftem łańcuszkowym o silnie stylizowanych ornamentach roślinnych.

Zimą zamożniejsi Łemkowie nosili kożuchy biało wyprawiane, pozba­wione ozdób bądź obszywane czerwonym safianem. Na stopy ubierano kierpce.

Letnie okrycie głowy stanowił kapelusz: czarny, okrągły, z wąską krezą opuszczoną lekko ku dołowi i z zawiązanym z tyłu na węzeł czerwonym sznurkiem zwanym harasowką. Dawniej noszono wielkie kapelusze fil­cowe z wysokim rondem zadartym do góry. Bywało też, że główki kape­luszy zdobiono rakami, czyli szerokimi pasami skóry, wyciętymi w zęby i gęsto nabijanymi mosiężnymi gwoździami.

W zimie ubierano czapkę baranią, z krągłą główką pokrytą niebieskim suknem, z czerwonymi wypustkami na szwach i czerwonym pomponem na wierzchu. Boki czapki okładano czarnym barankiem.

Parobcy i pasterze uzupełniali swój strój szerokim pasem szytym z po­dwójnej skóry, zapinanym na cztery mosiężne klamry.

 

Strój kobiecy

 

Koszula Kseni, podobnie jak Fiodora, miała krój poncho i charak­terystyczne naszywane na ramiona smużki, tj. pas z czerwOllej tkaniny o białych prążkach, oraz takie same mankiety.

           Rusnaczki nosiły spódnice długie do kostek, tak zwane wybijanki, w drobny biały wzór kwiatowy na niebieskim, granatowym lub ciem­nozielonym tle, z płótna samodziałowego, lub kanafaski z samodziału tkanego w pionowe, biało-czerwone i niebieskie prążki.

Na spódnicę zawiązywały zapaskę, również z samodziału ręcznie wy­bijanego w duży kwiatowy biały wzór na niebieskim tle, tzw: fartuch łabaty, ale ubierały też i zapaski białe, płócienne, haftowane.

Na stopy wkładały w dzień powszedni kierpce, a od święta czarne buty z cholewami, kroju węgierskiego, wykończone u góry czerwonym safianem.

Gorsety dawniej szyto z czerwonego lub czarnego sukna z długimi kaletkami, tzw. ruskimi fałdami; przody zdobiono haftem wykonanym ściegiem łańcuszkowym. Z biegiem lat sukno zastąpiono tybetem i ak­samitem, a długie kaletki - wąskimi, krótkimi tzw. polskimi fałdami.

Na gorset Ksenia wkładała huńkę: krótką, z samodziału, ozdobioną warkoczykiem plecionym z białej i czerwonej wełny oraz aplikacją w ząbki, z czerwonego materiału.            '

     Zimą nosiła baranie kożuchy, biało wyprawiane, z bogatymi safiano­wymi aplikacjami.

     Na ramiona od święta zarzucała rańtuch, czyli płat płótna tkanegow jodełkę.

Na głowę wkładała kupne chustki, a także czepce szyte z drukowanego kwiecistego tybetu. Krój czepca zachodził na uszy, z charakterystycznym zębem nad czołem. Pierwszy raz wkładała go młoducha po ślubie w czasie "czepin" i najczęściej był on w kolorze czerwonym.

Jak mi padnie, tak mi padnie,

a kied łem mi w czepcu ładnie,

, choć mia bude bida była,

kied łem ja się zaczepiła

(słowa jednej z jaworskich pieśni weselnych)

     Do ślubu panna młoda wkładała na głowę tkankę, tj. wieniec ze sztucz­

nych kwiatów, paciorków, z rzędem jedwabnych wstążek.

Jeszcze dziś potomkowie Łemków Szlachtowskich, którzy wrócili do swoich macierzy, z pietyzmem przechowują stroje swoich przodków (Czarna Woda, Jaworki).

 

HARNAŚ NAD HARNASIAMI

Swoistego kolorytu Rusi Szlachtowskiej nadaje postać Józefa Baczyń­skiego, jednego z najsłynniej szych zbójników karpackich, który właśnietu się osiedlił i stąd wyruszał na zbójeckie wyprawy.

Pochodził on co prawda spod Babiej Góry, ale koleje losu rzuciły go pod Wo­roni Wyrch, do Łemków. ... Taki harnadziej jak Baczyński, to od Mniszka nad Popradem aż do Litmanowej we wszystkich górach był tu gazdą...

Rusińska chyża w Białej Wodzie stała się punktem zbornym jego jedenastooso­bowej kompanii. Była to grupa dobrze zor­ganizowana, którą obok Baczyńskiego do­wodził podhetmani Łazarczyk z Tylmano­wej, a w jej skład wchodzili górale: niejaki Janczur z Ochotnicy, a z Tylmanowej La­babik, Gabrysik, Paluch.

Na wyprawy zapuszczali się na Orawę, w okolice Wadowic, ale też i na Obidzę koło ]azowska, w okolice Starego Sącza i Łącka. Rabowano dwory, plebanie i gaz­dówki zamożnych chłopów. Gdy spotkał idących na jarmark, musiał mu każdy pokazać pieniądze i powiedzieć, co będzie kupował.

Jeżeli miał mało, to mu przyczynił, jak miał dużo, to mu ujął; jakby mu zaś kto był "scyganił", to on go znalazł w chałupie i wszystko mu zabiał...

Baczyńskiego pojmano w chacie na przysiółku Wilczyska koło Dobrej, gdzie Harnaś odpoczywał po nieudanej wyprawie. Schwytano go u baby, u której przesiadywał. Namówili ją, jak będzie spał, aby "posuła" grochu po izbie. Ona tak zrobiła. Chłopiwpadli i pochwycili go. On się nie mógł ratować, bo mu się r;ogi "kiełzały" po ziemi...     ­

Scięto go w Krakowie w roku 1735.

W kilka miesięcy później na terenie Spisza ujęto podhetmaniego ta­zarczyka (ten z kolei zawisł na haku za "poślednie żebro" na szubienicyw Lewoczy) a wraz z nim jego siedmiu towarzyszy.

W okolicy do dziś krążą opowieści o zakopanych skarbach zbójnika, o jego niedostępnych kryjówkach w lesie i pośród skał: ...alboż to on sam (Baczyński) mało zakopanych pieniędzy zostawił?..

Na czarnowodzkiej hali, jak opowiadają górale, znajdowała się zbójecka kryjówka, o której już w 1861 roku pisał Kazimierz ŁapczyńskI: ...na polanie, w zaklęśnięciu drzemał tajemniczy staw, maleńki, zapewne tylko deszczową wodą zasilany, co jednak nie przeszkadza cudom, które się wokół niego dzieją i skarbom, które są wokoło pozaklinane. Rozpoczęliśmy od obejrzenia zbójeckiej kryjówki, schowanej tuż nad stawem, wśród lasu. O wielką pionową ławicę z karpackiego piaskowca ukośnie oparła się druga ława, tworząc trójkątną jaskinię ciasną i wilgotną, zagłębioną parę sążni pod ziemię... starzy ludzie pamiętają, jak byli chodakami, że tu półeczki jeszcze były wokoło i grajcara można było wyszukać we śmieciach.

Krążą też opowieści jakoby fundatorem kapliczki w Czarnej Wodzie na Zubkowym Cyrklu był właśnie słynny Harnaś. Łemkowie nazywali ją "zbójecką kapliczką"

Ruś Szlachtowska przestała istnieć po 1947 roku. Po jej dawnych mieszkańcach z roku na rok pozostaje coraz mniej: znikająca architektura, zdziczałe śliwy i ja­błonie Białej Wody, zarastające piwniczki i fundamenty chyżek porozrzucane po nie­koszonych polanach, nazwy skałek, zboczy i gór  Co jeszcze?.. - najpopularniejsza na szlakach Beskidów hala Prehyba, której ruską nazwę autorzy przewodników wciąż usiłują zmienić na "Przehybę" czy nawet "Przechybę".

 

 

 
 
© Szlachtowa,Szczawnica Zdrój, realizacja projektu: Verakom